2009-10-15 18:59:34
PierniCON 5
Mimo że nie byłam na żądnym poprzednim PierniCONie, jego ostatnia edycja była przeze mnie naprawdę długo wyczekiwanym konwentem. Z każdym kolejnym tygodniem chęć pojechania do Torunia wzrastała we mnie bardziej i bardziej, a to za sprawą nagromadzenia eventów, w których zamierzałam wziąć udział. Działo się naprawdę sporo i wszystko wyszło, jak należy. No, może prawie wszystko.
Na conplace dojechaliśmy z XDLOLem już w przeddzień tego trzydniowego konwentu. Tym razem podróż pociągiem była jak najbardziej przyjemna. Zajęliśmy kilka przedziałów i każdy miał dla siebie miejsce do siedzenia. Jak się chciało, to nawet do leżenia; ostatecznie ostatnia godzinę jazdy przespałam, rozłożona na czterech siedzeniach. Dotarliśmy pod szkołę i bez problemu weszliśmy do środka, rozkładając swoje rzeczy w przydzielonym dla nas sleepie.
Kiedy już dostaliśmy nasze identy i informatory, które osobiście traktuję jako jakiś mało śmieszny dowcip - jedna skserowana z dwóch stron karta papieru? no comment - część osób zajęła się pomaganiem w przygotowywaniu szkoły na konwent, a pozostali albo czekali grzecznie w sleep roomie, albo zwiedzali okolicę, wypatrując okolicznych sklepów. Ja wówczas zapoznałam się ze strukturą szkoły, zapamiętując, co gdzie jest, a także przywitałam się z obecnymi na conplace znajomymi.
Wieczorem przyszedł czas na próby. O dziwo, udało nam się aż kilka razy przećwiczyć naszą scenkę, co uważam za mały sukces i duży postęp. XD Razem z Vranzem, Judit, Lenuską i Kaoru przećwiczyliśmy na scenie naszą prezentację cosplayową, a dziewczyny dostały parę uwag od Shi-chan odnośnie ruchu nóg i rąk podczas poruszania się. Okazało się też, że z pewnych względów kolaborka z WTFem, którą szykowaliśmy na galę pożegnalną, jednak nie wypali; a szkoda, bo to byłoby całkiem fajne, tak myślę.
Zasnęłam wyjątkowo szybko, bo jeszcze przed północą. Aż dziwne, ale spało mi się tak dobrze, że wstałam również dosyć późno. Może po prostu nowy śpiwór wydał mi się przyjemnie ciepły i wygodny. Kiedy się w końcu z niego wygramoliłam, okazało się, że w szkole jest już naprawdę sporo przybyłych konwentowiczów. Licząc na szczęście, udałam się ze Strusiem pod prysznic. Szatnie właściwie nie były oznaczone - a przynajmniej pierwotnie - ale jak się później okazało, byliśmy w męskiej. Zdziwiłam się, ale też nie byłam absolutnie zawiedziona, że pod prysznicami było zupełnie pusto. I jeszcze czysto. To miłe, bo mogłam spokojnie zostawić rzeczy i śmiało się przemyć. Później dopiero zdaliśmy sobie ze Strusiem sprawę, że ktoś oprócz nas wszedł jeszcze do łazienki. Tak, spotkanie z Kolem z Wrocka w takim miejscu było naprawdę interesujące, ale to już swoją drogą. ;P
Razem z paroma osobami postanowiłam wybrać się na moją pierwszą atrakcję. Zamierzaliśmy wziąć udział w Familiadzie, choć ostatecznie pozostaliśmy jedynie częścią widowni i dopingowaliśmy Izzy'ego, którego namówiliśmy do zasilania jednej z dwóch drużyn. Pytania ściśle dotyczyły fandomu i były układane raczej dla zwały, ale parę było naprawdę fajnych, jak choćby odpowiedzi w "Najbardziej znane pary fandomowe", gdzie na bodajże czwartym miejscu ulokowali się Vranz x Mate, natomiast na drugim XDLOL x WTF.
Jako że szkoła była właściwie połączona z mini aquaparkiem, grzechem byłoby go nie odwiedzić. Szczególnie, że stanowił dosyć tani sposób na dokładne wymoczenie się i umycie, bo godzina kosztowała zaledwie 5zł. Wybraliśmy się więc tam całkiem pokaźną grupą. Nareszcie mogłam trochę popływać w porządnym basenie!
Wieczorem miał być cosplay, wyjątkowo nie w drugi dzień, jak przystało na konwenty trzydniowe, ale już w piątek. Zjawiliśmy się więc wcześniej na próbie cosplayowej i musiałam pomęczyć trochę prowadzących, uzupełniając uwagi do naszej prezentacji, o których zapomniał przy wysyłaniu naszego zgłoszenia Vranz. Cosplayerzy zostali ustawieni wzdłuż sali, ale my zaczynaliśmy zza kulis, jako że tego wymagała przygotowana przez nas prezentacja, a i tak mieliśmy tam schowane ubrania na zmianę, żeby przebrać się później do scenki.
Zupełnie zapomniałam, po kim mieliśmy wchodzić, a przy okazji zgubiłam orientację, ile osób już się pokazało. Akurat przekazywałam ostatnie wskazówki Vranzowi, który przy okazji szukał swoich wąsów, kiedy usłyszałam naszą zapowiedź. Spanikowałam, bo nie czułam się jeszcze gotowa. Nogi mi się ugięły i zaczęły trząść, a bicie serca znacznie przyspieszyło. Struś, nasz techniczny, zaczął wynosić na scenę rekwizyty, a ja tylko widziałam niczym w zwolnionym tempie, jak krzyżyk lalkarza spada na ziemię i się rozpada. Nie skomentuję tego, że Vranz skleił dwa kawałki drewna taśmą klejącą. No cóż, żadna tragedia, wystarczyło to tylko trzymać i uważać, żeby nie rozdwoiło się podczas prezentacji. Vranz wyszedł jako pierwszy, a ja zdałam sobie sprawę, że kompletnie zapomniałam, w którym momencie wychodzę. "Spokojnie, Adduś, Vranz po Ciebie przyjdzie", powtarzałam w myślach. Nie przewidzieliśmy jednak, że tykania na początku piosenki nie będzie słychać. Vranz przyszedł więc o parę sekund za późno, co było sporą stratą, bo wystrzeliłam na scenę na dosłownie momencik i już trzeba było iść po Judit. Tak, wszystko było dopracowane co do sekundy.

Sa kom och hall om mig
Släpp inte taget om mej!
Är som förhäxad av dig!
Och jag vill ha dig!
Kom och hall om mig nu!

Reszta wyszła bez zarzutów, mimo że wszyscy byliśmy naprawdę zestresowani. Z pewnością otuchy dodawała nam cała publiczność. Nikt nie rozgrzał ich tak, jak my to zrobiliśmy. Wszyscy klaskali w rytm muzyki do samego końca utworu; to było naprawdę niesamowite! Wprawdzie brakowało nam kilku elementów, które były w planach, a struktura sceny uniemożliwiła ich wykonanie, ale i tak wyszło naprawdę dobrze.
Na cosplayu urzekło mnie szczególnie kilka wystąpień, w tym z pewnością prezentacja Liny i Wero z "Sakura Chapter Tsubasa Chronicle", jak również pomysł grupki Kairi na prezentację z "Captain Tsubasa", czy też wyglądająca mega wdzięcznie Katek w stroju z "Urusei Yatsura".
W końcu przyszedł czas na scenki. Zgłoszone były cztery. Zapowiedziano pierwszą z grup, ale nikt się nie zjawił. Ktoś z publiczności zachęcająco krzyknął "XDLOL!". Wyczytano drugą grupę, ale z niej również nikt się nie pokazał. Można było usłyszeć, jak spore grono osób skanduje z widowni "XDLOL! XDLOL! XDLOL!". Przy trzeciej grupie powtórzyło się dokładnie to samo, a salę zaczęła wypełniać jedna, ta sama komenda. I w końcu zapowiedziano nas: "przed Wami XDLOL Squad!", na co niemal cała publiczność zaczęła głośno skandować nazwę naszej grupy, wypełniając salę gromkimi brawami.
Zdania na temat "Świata w/g Saiyan" są bardzo podzielone. Był to nasz odzew na krążące wokół spory, czy XDLOLa nie wypadałoby przepchnąć do osobnego eventu, bo nasze scenki są raczej kabaretowe, aniżeli cosplayowe. Postawiliśmy więc tym razem na scenkę cosplayową z "Dragon Balla", podchodząc do tego i tak z przymrużeniem oka. Osobiście uważam, że była to jedna z naszych słabszych scenek i zdecydowanie stać nas na więcej. Są tacy, którym się naprawdę podobało, ale i tacy, którzy uznali, że jednak było zbyt niesmacznie. Choć pewnym jest, że tych pierwszych i tak znalazło się zdecydowanie więcej.
Wyniki z cosplayu przekazała nam Kaoru, bo ogłoszone były jakoś nieco później, kiedy sporo cosplayerów, jeśli nie zdecydowana większość, jak i ludzie z publiczności, opuścili salę. Okazało się, że nasza prezentacja dostała jedno z dwóch wyróżnień w kategorii "Najlepsza Prezentacja". Każde z nas otrzymało po 50 pierdolców do wymienienia na nagrody, co - jak się zorientowałam następnego dnia przy wymienianiu ich - było naprawdę sporą sumą. Ogólnie byłam z nas tak dumna; zwłaszcza, że to była właściwie pierwsza nasza taka prezentacja (przy moich dwóch poprzednich cosplayach po prostu wchodziłam na scenę, pokazywałam się i schodziłam). Było warto i cieszę się, że zostaliśmy docenieni. Po cosplayu niespecjalnie miałam na coś jeszcze ochotę, więc znowuż zasnęłam dość szybko. I znów spałam dość długo. Obudziłam się stosunkowo wcześniej przed rozpoczęciem Whose Line'a, na którym nie mogło mnie przecież zabraknąć. Było zabawnie, choć bez jakiegoś wielkiego WOW. Kolejne było karaoke, na którym również zostałam. Po nim wróciłam do sleepa, zmęczona nie wiadomo czym i niewyspana, a przecież tyle czasu spałam! Postanowiłam się przewietrzyć i udać z wizytą do jednego z pobliskich sklepów. Kiedy wróciłam, dowiedziałam się, że może i kolaborka nie wypaliła, ale Dajmos chciał, żeby XDLOL przygotował coś krótkiego na galę pożegnalną. W dwie godziny parę osób stworzyło krótki scenariusz na otwarcie gali, bazujący na poprzednich edycjach PierniCONu i "Kapitanie Planecie".
Sama gala była całkiem przyjemna, mimo że tak naprawdę niewiele osób się na niej zjawiło. Ich strata, bo nie dane im było spróbować pożegnalnego tortu. ;P
Już po gali mieliśmy trochę czasu dla siebie, by następnie ponownie zjawić się na mainie i zacząć próby do PieriCON Ending Party. XDLOL Squad został bardzo zaangażowany w cały event - była to dyskoteka, podczas której na scenie pojawiały się wielkie gwiazdy dawnych lat. I w te gwiazdy właśnie my się wcielaliśmy. Sala zapełniona była po brzegi, a atmosfera miała naprawdę specyficzny klimat; czuć było, że wszyscy naprawdę dobrze się bawią. Ja sama nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłam. Na scenie było niesamowicie gorąco; nic więc dziwnego, że dość szybko zrobiło się tam całkiem goło. Mój pierwszy występ jako ABBA rozbudził we mnie ogrom pozytywnych emocji, to było naprawdę niesamowite uczucie! Później wystąpiłam jeszcze w Spice Girls i jako Britney Spears.
Po skończonym party zapadłam w kolejny długi sen. Obudziłam się dopiero na Pokemon Evil Cosplay. Nie zamierzałam brać udziału, ale z wielką przyjemnością postanowiłam sprawdzić, jak ludziom uda się wcielić w wylosowane Pokemony. Kocio przebrany za Mewtwo jak dla mnie i tak wygrał. Dziewczyna w stroju Magikarpia powaliła mnie na kolana wykonaniem swojego stroju i jego prezentacją; podobnie przebrany za Seala Spam. Taak, Pokemon Evil Cosplay to naprawdę pozytywny i kreatywny event.
Pomału trzeba było się zbierać. Darowałam sobie panel podsumowujący konwent, bo zupełnie nie chciało mi się tyłka ruszać z miejsca i ogarniałam swój rozrzucony za pianinem bagaż. Conplace opuściliśmy dosyć późno, ale przynajmniej zostawiliśmy na błysk wysprzątanego sleepa. Bez problemu dotarliśmy na dworzec, część z nas coś zjadła (na dworcu sprzedają absolutnie przepyszne zapiekanki!) i w końcu nadjechał pociąg. Jak się okazało, tylko trzy wagony jechały do Szczecina; co za bezsens, biorąc pod uwagę fakt, że blisko dziesięć kolejnych miało zabrać pasażerów do bodajże Gorzowa. Nie, wcale trzy pierwsze nie były zapchane podróżnymi, a pozostałe stosunkowo wolne. Początkowo byliśmy więc w rozsypce i nie każdy miał miejsce, ale raczej szybko udało nam się zgrabnie zorganizować i chyba nie było osoby, która nie miałaby gdzie siedzieć. Powrót do Szczecina minął szybko i sprawnie, bez żadnych problemów.
Gdyby nie eventy, w których miałam swój udział, PierniCON wypadłby dla mnie dosyć słabo. Nie było specjalnie wiele atrakcji, które mnie interesowały (a jak już były, to wtedy, kiedy absolutnie nie mogłam się na nich zjawić). Gdyby nie to, że występowałam na PierniCON Ending Party, pewnie w ogóle bym się nie zjawiła - zresztą na pewno w tłumie nie bawiłabym się tak świetnie, jak na scenie. Ale właśnie ze względu na czynny udział w party, na cosplay i scenkę, jak i galę pożegnalną, i ze względu na to, że wszystko to wypadło jak najbardziej pozytywnie, nie żałuję wyjazdu na PierniCON 5. Wróciłam naprawdę zadowolona, a to przecież jest najważniejsze.
skomentuj (1)

2009-10-15 18:55:36
Balcon
Balcon był dla mnie konwentem odmiennym niż wszystkie poprzednie, na których się pojawiłam. Tym razem postanowiłam sprawdzić się jako helper, nie bardzo wiedząc, czego tak naprawdę się spodziewać. Ale wszystkiego trzeba spróbować, żeby wiedzieć, w czym się najlepiej czuje. Po szybkiej analizie, czy faktycznie chcę się tego podjąć, wysłałam zgłoszenie. Tym sposobem na terenie konwentu zawitałam już w przeddzień imprezy.
W czwartek wieczorem spotkałam się na dworcu z Vranzem, Qudacim i Elzeiem. Panowało jakieś ogólne poruszenie, wszędzie było pełno policji, każdemu sprawdzali dokumenty, również i nam. Szybko jednak zapomniałam o całym tym zamieszaniu, kiedy stanęliśmy w kolejce po bilety. Nie było nawet czasu myśleć o tym później, bo na peronie kręciła się cała masa ludzi. I wszystko wskazywało na to, że czekają na ten sam pociąg, co my. W końcu nadjechał, naprawdę długi, wielowagonowy, w czym nie było nic dziwnego, bo przecież miał jechać przez Poznań, przez Wrocław, aż do Katowic i Krakowa. Ale co z tego, skoro nas interesujących wagonów było zaledwie kilka, może z 5? Pozostałe to albo Intercity, albo sypialne, albo rezerwacje. Podróżnych było mnóstwo, a miejsca w pociągu bardzo niewiele.
Przez pierwsze minuty jazdy cisnęliśmy się w przedsionku z kiblem, aby następnie - gdy tylko wycieczka zwolniła korytarz, kierując się do wagonów rezerwowanych - stanąć pod zamkniętym przedziałem dla kobiet w ciąży. Elzei udał się na poszukiwanie konduktora, celem poproszenia go o udostępnienie nam tam miejsc. Zasiedliśmy więc właśnie w tym przedziale - w towarzystwie młodego małżeństwa i dwóch starszych kobiet - pod warunkiem, że jeśli tylko zjawi się jakaś ciężarna kobieta lub babuleńka, mamy zwolnić miejsce. Ostatecznie całą podróż przesiedzieliśmy w tym samym miejscu. Początkowo siedząca przede mną baba patrzyła na nas wszystkich jak na czubków, którzy tajemniczym szyfrem rozmawiają o jakichś podejrzanych, bliżej nieokreślonych sprawach, ale kiedy Qudacz z Elzeiem zaczęli swoją filozoficzną dyskusję, ta przerwała im i niemal przez łzy wzruszenia uznała, że z dzisiejszej młodzieży może jeszcze coś wyrośnie. Oczywiście ubrała to w dłuższą wypowiedź, ale do tego właśnie się ona sprowadzała. Jakby na przekór tej kobiecie, dyskusja na powrót skupiła się na tematach typowych dla jadących na konwent mangowców.
We Wrocławiu dosiadła się do nas Anka z dostawą prosto z KFC, więc mieliśmy okazję zapchać na jakiś czas czymś smacznym nasze żołądki. Po tym ja zaczęłam sobie trochę drzemać, a pozostali do końca podróży knuli jakieś nikczemne spiski względem mojej osoby. Nie wnikałam.
W Katowicach szybko odnaleźliśmy przystanek tramwajowy, z którego w mniej więcej pół godziny dojechaliśmy do Chorzowa. Do szkoły też droga była prosta. Weszliśmy na jej teren, witając się z już czekającymi tam innymi helperami. Poczekaliśmy trochę, aż przyjechali orgowie, po czym razem z Kwakiem udaliśmy się do helperowskiego sleepa. Po zostawieniu tam swoich rzeczy, ogarnęłam się szybko po podróży, by następnie razem z Elzeiem obejść szkołę, w celu zapoznania się z rozmieszczeniem poszczególnych sal i pomieszczeń. Potem zaczęła się praca. Faceci zajęli się przygotowywaniem maina, natomiast ja z innymi helperkami ogarniałam sale na sleepy, potem jeszcze kilka innych. Jakoś w międzyczasie, kiedy akurat goniłam gdzieś z Vranzem, spotkaliśmy na schodach Peę, z którą oczywiście musiałam się zapoznać. Vranz: "Pea, to jest Twój szczeciński odpowiednik". Ja jakoś nadal nie do końca potrafię ogarnąć, dlaczego tak wiele osób bierze mnie za Peę. Pomijając dawne już pierwsze reakcje szczecinfagów na mnie, na konwencie jakaś dziewczyna mnie z nią pomyliła i była bardzo zdziwiona, kiedy wyprowadziłam ją z błędu i powiedziałam, że raczej mnie nie kojarzy, bo ja nie Pea, ale Adda jestem. Cóż, może w tym faktycznie coś jest?
Pod wieczór część z nas miała już trochę więcej luzu, więc co niektórzy okupowali UltraStara w helperowskim sleep roomie, inni kręcili się po szkole bez większego celu, a ja zupełnie nagle zostałam zwerbowana do udziału w krótkim filmiku, potrzebnym Vranzowi i Yenowi do ich eventu "Komisja śledcza ds. Yaoi". Później skorzystałam z konsolówki, żeby wyświetlić paru osobom nagranie "Z Archiwum XD", więc raz jeszcze rozemocjonowani przeżyliśmy naszą scenkę. I potem wypadało się ułożyć do snu, żebym była w stanie wstać o 5:00 rano (ale mi wyczyn, do pracy o tej wstaję XD') w miarę żywa i godzinę później zasiąść na akredytacji.
Wstałam, odświeżyłam się i dotarłam na akredytację. Zaczęliśmy wpuszczać konwentowiczów już o 6:30 i muszę przyznać, że tutaj Ramiel sprawdzał się absolutnie bez zarzutów. Ludzi obsługiwało się w tempie błyskawicznym, zatem kolejka rozładowywała się naprawdę bardzo szybko. Po trzech godzinach dotarła osoba, która mnie zmieniła. Ale nie na długo, bo niespełna pół godziny później znów wróciłam na akredytkę, tym razem po stronie ludzi bez rezerwacji. Posiedziałam tam ze dwie godziny z hakiem, jeśli dobrze pamiętam, a po tym miałam trochę czasu dla siebie. Właściwie jak zwykle nie mam pojęcia, na czym zlatywały mi kolejne minuty. Zawitałam na oficjalnym rozpoczęciu konwentu, a potem dopadłam na dworze znajomych, z którymi niedługo później udałam się na naukę walca. A to było naprawdę w porządku i w sumie dosyć zabawne, kiedy moja ręka co chwilę spotykała się z policzkiem Matego, z którym ćwiczyłam taniec. Ufam, iż potraktował to jako zabawę, bo naprawdę obrywał po przyjacielsku. Twierdzi, że wcale nie patrzył mi na biust, tylko na swoje nogi, a że napotykał pewną przeszkodę, to inna sprawa - ale ja i tak wiem swoje. ;]
Jakiś czas po próbie tańca ponownie wróciłam na akredytację, gdzie zostałam niemal do samej próby cosplayowej. I potem próba, czyli omawianie z częścią XDLOLa, co my właściwie mamy robić w naszej scence i w jakiej kolejności. Nie ma to jak pierwsza, a zarazem generalna próba na parę godzin przed występem. I potem już tylko bieganina przedcosplayowa, bo to trzeba było się przebrać, potem lecieć przez pół szkoły po buty, a następnie jeszcze kombinować, jak tu się za bardzo nie spocić w garniaku przed występem, tłocząc się w niewielkiej szatni z tłumem cosplayerów. Jakoś udało nam się wytrzymać do zakończenia prezentacji cosplayowych, potem podejrzeliśmy dwie pierwsze scenki i w końcu my. Długie to nie było, ale publiczność udało nam się rozśmieszyć. I co najważniejsze - otrzymaliśmy owacje na stojąco! To było niesamowite! Ludzie wstali i bili nam brawa; kolejny powód, by być z nas dumnym, kolejny powód, by motywować się do dalszej pracy.
Po cosplayu zaczęły się przygotowania do balu. Ludzie przebierali się w suknie, mundury, garnitury i inne mniej lub bardziej ciekawe stroje. W międzyczasie wysiadł prąd, więc impreza opóźniała się coraz bardziej. W końcu i my zaczęliśmy się przebierać. Wtedy też znalazłam sobie partnera do walca w postaci Xefa aka Władcy Ciemności oraz jego mrocznej lagi, która - oczywiście, bo jakże by inaczej - poszła z nami na bal.
Dotarliśmy pod maina i wymijając czekających przed wejściem i na schodach spragnionych balu konwentowiczów, weszliśmy na salę. W końcu zaczęli wpuszczać i resztę. Zaczęło się robić tłoczniej i tłoczniej. Nadeszła i kolej na oficjalną część balu, czyli jego rozpoczęcie, które tak naprawdę okazało się dużym failem. Już nawet nie wspomnę o wystroju czy oświetleniu sali, bo to swoją drogą. Jakoś udało się przebrnąć przez tę "zaplanowaną" część imprezy i zaczęła grać muzyka, a ludzie udawali, że naprawdę potrafią tańczyć tego walca. Ktoś co chwilę zderzał się z kimś innym, a całość na pewno nie wyglądała schludnie dla potencjalnego obserwatora. Ale mimo to tańczyło mi się naprawdę fajnie i na pewno nie narzekam. A dodatkowa laska w parze bardzo się przydała i sprawdziła - całkiem zabawnie dźgało się nią ludzi, którzy na nas bezczelnie wpadali. XD'
Spać położyłam się ok. 3:00 w nocy. Wstać trzeba było już, lub może raczej aż o 8:00. Razem z częścią helperów zajęłam się ogarnianiem ogólnego syfu na korytarzach, czyli przede wszystkim zbieraniem walających się śmieci wzdłuż stolików wystawców. Następny był Whose Line, na którym pomogłam chłopakom, zbierając od ludzi pomysły do scenek z kapelusza. Po tym całkiem udanym show zjawiłam się na auli na "Komisji śledczej ds. Yaoi", co by to dokładnie przekonać się, do czego wrobił mnie Vranz. Później jeszcze tylko panel podsumowujący konwent i można było zacząć sprzątać szkołę. W międzyczasie miałam też okazję porozmawiać trochę dłużej z Bell, potem także z Dajmosem.
W końcu trzeba było się zbierać. Pożegnałam się z paroma osobami, które wciąż jeszcze nie opuściły terenu konwentu, i razem z Vranzem, Matem, Elzeiem, Qudacim i Lenuśką dotarłam na dworzec. Zakupiliśmy bilety ("już pani doję" by Qudacz XD) i dołączyliśmy do dziewczyn z WTFa, które spotkaliśmy na miejscu. Zostawiliśmy im nasze bagaże do popilnowania, żeby w spokoju móc zjeść coś w pobliskim fastfoodzie (w którym, nawiasem mówiąc, mieli paskudne jedzenie), a następnie pożegnaliśmy Elzeia i spędziliśmy blisko godzinę w poczekalni, czekając na pociąg. W końcu nadjechał. Zapchany do granic możliwości. Miny szybko nam zrzedły, kiedy okazało się, że przynajmniej najbliższe minuty spędzimy na korytarzu. Vranz, Qudacz, Lena i początkowo również Euzebiusz okupowali wąski korytarz przy przedziałach, a ja z Liną, Chester, Niemti, Ano i Matem ulokowałam się w przedsionku przy kiblu. Wygłupianie się z Liną i Euzebio przyniosło nam sporo rozrywki na najbliższe trzy godziny. Absolutnie nie zapowiadało się, że podczas tej dziesięciogodzinnej podróży znajdziemy sobie wygodne miejsca siedzące.
We Wrocławiu opuściły nas Chester i Euzebiusz, a Vranz, Lena i Qudaci zniknęli bez słowa w opuszczonym po części przedziale. Natomiast ja z pozostałymi osobami spędziłam resztę drogi dokładnie w tym samym miejscu. Po kolejnych dwóch godzinach jazdy i stwierdzeniu, że dosyć zimno mi na tej podłodze, wyciągnęłam śpiwór, wpełzłam do niego i ułożyłam się w przejściu pomiędzy owym przedsionkiem a korytarzem z przedziałami. Dobrze, że łączące te pomieszczenia drzwi otwierały się w dwie strony, bo przynajmniej nie musiałam się przesuwać za każdym razem, kiedy ktoś przechodził. A to, że ludzie nade mną skakali, jakoś średnio mną ruszyło. Wybudzałam się tylko na stacjach, bo jednak wolałam mieć pełną kontrolę nad wysiadającymi z pociągu podróżnikami, taszczącymi ze sobą ciężkie walizy. Do Szczecina dojechaliśmy o czasie, zupełnie zmęczeni i wymordowani, marząc tylko o tym, żeby jak najprędzej znaleźć się pod ciepłą kołdrą w swoich własnych domach.
Konwent naprawdę mi się podobał i bardzo się cieszę, że jednak z niego nie zrezygnowałam. Sprawdziłam się w pewnym stopniu jako helper, ale też uczestniczyłam w wielu atrakcjach, które zamierzałam zaliczyć. Zdobyłam kolejne doświadczenie i przywiozłam ze sobą całkiem sporo fajnych wspomnień. Mimo tych paru minusów, jak choćby brak prądu czy wyczerpująca podróż powrotna, wyjazd uznaję za jak najbardziej udany. Oby więcej takich!
skomentuj (0)

2009-07-15 14:08:58
KoneCON 2
Wciąż jeszcze żyję KoneCONem, a za parę dni będę już w pociągu, wiozącym mnie na kolejny konwent. Ale najpierw o minionym, a w gruncie rzeczy działo się naprawdę wiele. Nowe znajomości, nowe wyzwania i dużo wspomnień, do których jeszcze pewnie przez długi czas będę wracać.
Konwent znów zaczął się dla mnie właściwie już dzień przed jego oficjalnym rozpoczęciem. W czwartek mieliśmy z XDLOL Squadem próbę naszego przedstawienia na scenie w Salezjanach. Ogarnęliśmy parę spraw, obejrzeliśmy nasze sleep roomy - a ze względu na naszą liczebność zajęliśmy aż dwa, bonusowo z wyjściem na patio, które niestety szybko straciło rangę prywatnego. Dobrze chociaż, że ludziom nie sprawiło wielkiej trudności przyswojenie sobie faktu, że przez naszego sleepa przejścia nie ma. Choć zdarzały się wyjątki.
Niemal całą noc z czwartku na piątek zarwałam na kończeniu mojego stroju. Z cosplayowego zrezygnowałam, jako że jestem głupia i leniwa, ale chciałam dokończyć chociaż ten niespodziankowy. Pewnego dnia Judit wpadła na pomysł, żebyśmy przebrały się za postacie z plakatów KoneCONu. Ostatecznie tylko ja skończyłam strój, z którego jestem naprawdę zadowolona. I tak, przyznaję - w tym makijażu wyglądałam okropnie, a wszyscy, którzy mi to oznajmili, mieli rację. Ale cóż, żar się lał z nieba i ogólnie jak miałam w tym chodzić cały dzień, tak rozebrałam zanim minęła choćby godzina.
Ale dobrze, nie wyprzedzając faktów. Kończyłam ów strój po nocy, ostatecznie uznając, że jednak chwilkę chciałabym się przespać. Poległam zatem na blisko dwie godziny. Obudziłam się po 6:00, wielce niepocieszona, że złapał mnie upierdliwy katar. Ogarnęłam, co trzeba było, spakowałam się, bo wcześniej czasu zabrakło, i o 9:00 byłam już na conplace. Przyznam, że całkiem przyjemnie było minąć wszystkie czekające pod szkołą osoby i bez problemu wejść do środka. Ulokowałyśmy się z Judit w naszym sleepie, a ja zaczęłam kończyć mój strój, bo oczywiście nie skończyłam rękawów. Cóż, nie moja wina, że dzień wcześniej maszyna do szycia odmówiła mi posłuszeństwa - nić za każdym razem się zrywała i musiałam brnąć przez to ręcznie. Robić tak sobie można, ale ile to czasu zajmuje! Ja chcę w końcu nową maszynę~
Ludzie pomału zaczęli się zbierać. Ja nadal dzielnie szyłam, cały czas odczuwając na ciele zmęczenie po nieprzespanej nocy. Zjadłam drugie śniadanie, mając nadzieję na choć częściowy przypływ sił, ale i tak czułam się dość marnie. Choć dawałam radę. W okolicach 13:00 ubrałam się w moją neko, choć jaki tam z niej kociak, skoro nawet uszek nie miałam na głowie. Wstyd stwierdzić, ale ten element kostiumu jednak mnie przerósł. Pospacerowałam trochę po korytarzach, przywitałam znajome twarze i w końcu wpadłam na Meduza, którego natychmiast zaciągnęłam do naszego sleepa, jako że czekał tam na niego prezent ode mnie; ten sam prezent, który miałam mu wręczyć już na poprzednim konwencie. W każdym razie, Meduz był zadowolony (choć nadal uważam, że większy sens miałoby to wszystko na Magnificonie).
Pierwszą atrakcją, na jakiej się zjawiłam, były wybory miss neko, w których pierwotnie dla fazy zamierzałam wziąć udział - tzn. w moim stroju z plakatu. Usiadłam na widowni, ale szybko uznałam, że event mnie nudzi, więc się zmyłam. Wróciłam dopiero na Whose Line'a, na którym katar męczył mnie już obficie, a ja zaczynałam mieć wszystkiego dosyć. Aczkolwiek wyszłam w naprawdę dobrym humorze, dumna i z tego, że rozumiałam zdecydowaną większość bardzo hermetycznych żartów.
Zaczęła się pierwsza gonitwa za obsadą "Z Archiwum XD". A sporo nas grało, bo aż 25 osób. Dwóm nawet głowy tym nie zawracałam, trzecia niestety nie dała rady i chyba jedna osoba z chóru nie dotarła. Wraz ze skromną widownią udaliśmy się na jakiś zapomniany salezjański korytarz (pozdrowienia dla monitoringu szkoły xD) i przećwiczyliśmy scenkę. Padło również kilka pomysłów na ulepszenie i urozmaicenie całości, po czym się rozeszliśmy.
Kolejne dwie godziny minęły w niemałym rozgardiaszu. Zresztą ja sama sieję zawsze więcej paniki, niż to tego warte, i zdecydowanie za bardzo się przejmuję. Izzy powiadomił mnie, że nie da rady zasilać chóru, bo mu przesunęli na czas naszej scenki panel, który prowadzi z Onionem. Ja więc od razu uderzyłam do Oniona, dlaczego nic nie mówi, że i on nie będzie mógł grać? Miała go więc zastąpić Akane. Od kogoś dowiedziałam się też o zaginionym dysku Qudaciego, na którym to były wszystkie filmiki do naszej scenki. Zgubiła się reklamówka z dyskiem, by potem ktoś ją odnalazł, ale bez najważniejszej zawartości. Tak to wtedy wyglądało. Podczas gdy Qudaci kręcił się po całej szkole w nadziei, że jednak znajdzie zgubę, my zastanawialiśmy się, jaką znaleźć na to alternatywę. Ostatecznie padło na wychodzącą z telewizora Sadako. Jako że nasza scenka miała trwać pół godziny, a po niej nic się na maine nie działo, Xef załatwił nam przesunięcie jej w czasie, żebyśmy mogli zrobić jakąś większą próbę na scenie. Usiedliśmy więc na patio i dzielnie pisaliśmy karteczki z informacją, że scenka zacznie się trzydzieści minut później. Większą powiesiliśmy na drzwiach do main roomu, mniejsze rozdawali konwentowiczom Judit i Sayak.
Kiedy dochodziła 23:00, zaczął się chaos. Wszyscy się szykowali, przebierali, zaczęło się przenoszenie rekwizytów do maina. Byliśmy bardzo niepocieszeni, że poprzednia atrakcja przeciągnęła się dosyć znacznie, więc scenę dostaliśmy do dyspozycji o niespełna pół godziny za późno. To bardzo źle, bo w czasie, kiedy ogarnialiśmy się przed próbą, ludzie zaczęli się tłoczyć przed mainem. Biegałam jak nakręcona. A bieganie w garniturze w tej duchocie nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Zostawiłam Xefa z MJem, żeby wyjaśnił mu, jakie podkłady dźwiękowe mają być puszczane w danych momentach - miała być od tego osobna osoba od nas, ale nie było czasu, żeby to ogarnąć. Podobnie jak ze światłem - stąd te Vranza "wyciemnienie" słyszalne na całego maina. Swoją drogą, że dlaczego punkt kontrolny świateł był na drugim końcu sali... No dobrze, pozostawało jeszcze parę spraw do przypilnowania, parę informacji do przekazania aktorom, trochę wskazówek. Wszyscy byli zdezorientowani i rozgorączkowani. W końcu zaczęliśmy próbę, ale i tak przerwano nam po jakichś dziesięciu minutach. Wybiła północ i trzeba było poprowadzić oficjalne rozpoczęcie konwentu. Ludzie zaczęli wbijać na maina. Pojawił się Onion, już oczywiście po swoim panelu, więc myślałam, że jednak zagra. Ale odmówił i wskazał na jeszcze inną osobę. Tym samym Rai dostała jego rolę. Szybko jej streściłam, co będzie musiała robić i jak się zachować. Taak, jak dobrze, że ją mniej więcej uprzedziłam, co usłyszy. Schowaliśmy się więc za kulisami, czekając na zakończenie rozpoczęcia. Zaraz po tym wchodziliśmy. A było naprawdę chaotycznie, bo tak naprawdę nie mieliśmy żadnej porządnej, już nie wspominając o generalnej, próby. Ale XDLOL Squad chodzi na żywioł, więc i tym razem musiało się udać. I zrozumieliśmy to już po pierwszym aplauzie i śmiechu widowni - będzie dobrze!
Zgrzani, zlani potem, ale zadowoleni i usatysfakcjonowani, przyjęliśmy aplauz i oklaski, jeszcze długo nie schodząc ze sceny. To było coś niesamowitego, a my wszyscy zrobiliśmy duży krok do przodu. Jeszcze wiele takich scenek przed nami!
Ubrana nadal w garnitur, udałam się na boisko na fire show. Ale w sumie ze względu na zimno i problemy techniczne, szybko wróciłam do sleepa, żeby w końcu się ogarnąć. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułam, że mi słabiej, a z nosa poszło mi trochę krwi. Zjadłam coś, a jakiś czas później dosiadłam się do towarzystwa na patio, gdzie Xef i Serge wystawili stolik i krzesła. Dosyć długo tam siedzieliśmy w całkiem sporym jak na tak malutki stolik gronie, dyskutując i popijając herbatę. Po 4:00 w końcu legliśmy w swoich śpiworach, choć długo jeszcze trwało, zanim tak naprawdę usnęliśmy.
Z rana razem z Judit, Ningensanką, Ninhu, Azaselem i Sayakiem udałam się do domu tego ostatniego, jako że mieszka dosyć blisko conplace, żeby wziąć na spokojnie porządny prysznic. Po raz kolejny poszło mi trochę krwi z nosa. Choć to nadal była w sumie drobnostka, że tak powiem, bo na parę minut przed wyjściem dostałam dosyć obfitego krwotoku. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek krwawiła tak bardzo. A to zapewne przez niedożywienie w ostatnich dniach, zmęczenie, bo przecież bardzo mało w tych dniach spałam, jak i cały ten stres związany ze scenką. Naprawdę się zaniepokoiłam.
Wyszliśmy z domu, zahaczając po drodze o Biedronkę, celem zakupienia nieco prowiantu. Sama zaopatrzyłam się w parę nektarynek, żeby nafaszerować się choć odrobinę witaminami. Kiedy wychodziliśmy ze sklepu, za dworze lało. I to naprawdę nieźle. A przecież jeszcze parę minut wcześniej było tak pięknie! Nie zapowiadało się, że ulewa szybko przejdzie, więc dzielnie ruszyliśmy w stronę conplace, niestrudzeni zacinającym deszczem. Szybko jednak przerwaliśmy wędrówkę, chowając się pod wiatą przystanku autobusowego. Przeczekaliśmy trochę, ponownie uznając, że jednak nie chce nam się stać, a poza tym już przechodzi, więc ruszyliśmy dalej. Zanim doszliśmy na miejsce, zdążyło się już ładnie wypogodzić; a przynajmniej słońce grzało radośnie promieniami. Natomiast ja, wciąż ociekając, uraczyłam parę osób hugami (cześć Kerio, cześć Xef, cześć Lina ^^').
Zaczęły się przygotowania do meczu piłki nożnej, więc razem z Judit i Nin zaciągnęłyśmy paru graczy do fontanny, żeby zmoczyć jeszcze bardziej nas i ochlapać wodą naszych dzielnych sportowców. Na parę minut przed meczem zaskoczyłam mokrym hugiem jeszcze Elzeia, żeby potem dołączyć do reszty i udawać, że oglądam grę. Zaczęło kropić. Widać było, że znów idzie burza. Zerwał się ostry deszcz, a my z widowni przenieśliśmy się pod zadaszenie. Panowie dzielnie grali dalej, choć kiedy chmura już zupełnie się oberwała, a jeden z nich zaliczył bolesny upadek, wszyscy dołączyli do nas. Wcisnęliśmy się jak najbardziej w ścianę, uskuteczniając hug zbiorowy i szczękając zębami z zimna. Z nieba sypały się centymetrowe kule grady, a nam było cholernie zimno. Kiedy grad ustał, rzuciliśmy się w deszczu w kierunku wejścia do budynku, mijając stojących w drzwiach i obserwujących ostatni dystans naszego maratonu gapiów. Ale ogólnie było zabawnie.
Później chodziłam zupełnie struta. Żar lał się z nieba, było gorąco i duszno, a mnie zebrało się na dwa kolejne krwotoki z nosa. Pokręciłam się trochę na powietrzu, zjadłam spory kawałek zamówionej pizzy i spróbowałam się nieco zdrzemnąć. Przy tej pogodzie i tak nie dało rady. Ale w końcu jakoś odzyskałam nieco sił.
Po 18:00 wbiłam na cosplay. Dzięki Saku miałam bardzo dobry widok spod samej sceny. Ogólnie cały prowadzony przed WTFa event naprawdę przypadł mi do gustu. Tzn. dziewczyny miały naprawdę dobry pomysł i świetnie go wykonały. Właśnie w tym stylu powinien być prowadzony dobry cosplay. Wyniki? Jak najbardziej trafne. Shizuka była naprawdę genialną Aeris, a Ignis jak zwykle wykonała kawał dobrej roboty przy swoim stroju. Z mojej strony również brawa dla uroczej Nin jako Mikuru i wdzięcznej grupki Hayami z K-ON.
Kolejny był Konkurs Upiorny. Jak dobrze, że postanowiłam filmować bliżej mi znane osoby, bo to moje nagranie robi teraz furorę wśród wszystkich zainteresowanych. ;] Jak słusznie zauważył Serge, miałam właściwie najlepszy widok na ostatni lot władcy ciemności.
Następne było ponownie fire show, tym razem bardzo udane. Niedługo po nim wędrówka przez całą szkołę w poszukiwaniu dogodnego miejsca na pomieszczenie wszystkich chętnych, którzy przyszli na Whose Line XXX. Ostatecznie wylądowaliśmy przed wejściem do szkoły na terenie boiska. Warunki były jakie były, uczestnicy też zdecydowanie wymęczeni, więc moim zdaniem wyszło słabo. Choć niektóre żarty nieźle dawały radę.
Zaraz po Whose Linie wskoczyłam do swojego śpiwora i zasnęłam. Wypadało w końcu odpocząć po wyjątkowo ciężkim i krwawym dniu.
Niedziela mijała już bardzo leniwie, a ja czułam się zdecydowanie lepiej. Znalazł się zaginiony dysk - o ironio, w zupełnie innej reklamówce, leżącej cały czas w sleepie Qudacza. Cóż, film przyda się na inną okazję. Pojawiłam się na panelu Kerio o piosenkach Disneya, później wpadłam na podsumowanie KoneCONu i nadal żałuję, że wyszłam w połowie. Wróciłam do sleepa, żeby zobaczyć, w jakim jest stanie, jako że zbliżał się koniec konwentu. Pojawiłam się jeszcze na oficjalnym zakończeniu i dopilnowałam, żeby w sleepie został porządek. I w końcu mogłam opuścić conplace i wrócić do domu, żeby porządnie się wyspać. A właściwie zdrzemnąć, bo tak naprawdę konwent odespałam dopiero tydzień później. ^^'
KoneCON 2 był dla mnie konwentem bardzo rodzinnym. Większość czasu spędziłam z ludźmi, których widuję na co dzień, ale właśnie to nadawało całości tak specyficzny klimat. Zaliczyłam niewiele atrakcji, ale te, na których byłam, raczej mnie satysfakcjonowały. Konwent podsumowuję jako naprawdę udany i cieszę się, że mogłam na nim być. Oby tylko więcej takich w przyszłości!
skomentuj (0)

Księga
Gości

zobacz
wpisz się


Licznik



Archiwum
2009
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień


Linki
Moje
CP
dA
fbl
Last
MS

Blogi
Judit
Kimiko
Larenn
LinaSakura
Onion
PG
Sakura

M&A
AnimeLyr
ACP
Azunime
Cosplay
DownloadA
Konwenty
Manga.pl
Tanuki

Sklepy
Dageki
HON`YA
MangAn.
Otaku

Wydawcy
Egmont
J.P.F.
Studio JG
Waneko


Szablon
by: Judit