2010-01-08 15:04:19
Podsumowanie roku
Rok 2009 już dawno za nami, wypadałoby więc w końcu napisać jakieś podsumowanie. Ot, tak żeby uporządkować sobie, co było, jak było, i czego trzymać się w kolejnym.
Styczeń zaczęłam z głową pełną wszelakich pytań i niedopowiedzeń. A to zmartwienia z pracą, a to perypetie ze znajomymi z poprzedniej pracy. Jak za dawnych lat, zupełnie odpłynęłam do świata fantazji i własnej wyobraźni, odcinając się zupełnie od świata rzeczywistego.
Luty był miesiącem absolutnego lenistwa. Pozbyłam się z pokoju łóżka, wyrzucając je na śmietnik. Nie pracowałam, ale wykorzystałam ten czas na zrobienie sanepidowskiej książeczki zdrowia. Załatwiłam sobie praktykę zawodową w Hotelu Neptun i psychicznie nastawiałam się do tego, że spędzę tam kolejne dwa miesiące, nieodpłatnie. Na sam koniec miesiąca pojechałam na Ecchicon - mój drugi konwent. Było o niebo, a nawet dwa nieba lepiej niż na poprzednim, a ja poznałam parę cudownych osób, które na długi czas - niektóre nawet do dziś - miały dla mnie duże znaczenie.
Marzec był kolejnym miesiącem pytań, wątpliwości, niejasności i niedomówień, ale też magiczną odskocznią od wszystkiego, co pozostawiałam za sobą. Wszystko jednak zostało rozwiązane i wyjaśnione po blisko pięciu tygodniach - nadal nie wiem, czy to dobrze. W tym miesiącu zaczęłam też swoją praktykę w hotelu. Mimo że trochę się wrobiłam - osiem pełnych godzin każdego dnia, z wyjątkiem weekendów - to i tak mi się spodobało. W końcu mogłam odczuć na własnej skórze, jak to wszystko wygląda od wewnątrz. A dekorowanie tortów może być naprawdę świetną zabawą!
Początek kwietnia spędziłam na MAGNIFIconie. Właśnie przy okazji tego konwentu zapoznałam się z Liną. Znajomość ta nabrała dla mnie ogromnego znaczenia, jak i wszystkie późniejsze spotkania i długie rozmowy o bzdurach i sprawach konkretnych. Dzięki temu uspokoiłam się też wewnętrznie po zupełnym rozchwianiu w poprzednim miesiącu. Niestety z powodu pewnych zaistniałych okoliczności, musiałyśmy z Liną ograniczyć częstotliwość widywania się - czego tak na dobrą sprawę jednak mi brakuje. W hotelu przeszłam na dział gastronomii i spędziłam w sumie pięć tygodni na sali konsumenckiej, witając, czasem również obsługując, gości na śniadaniu. Był to czas naprawdę niesamowity, spędzony w towarzystwie dwóch kelnerów - mimo że czasem wyprowadzali mnie z równowagi, to jednak lubiłam z nimi dyskutować i się wygłupiać. W międzyczasie na forum cosplayowym razem z Judit i Leną założyłyśmy tematy planowanych strojów z Princess Tutu, czym na dobre przykułyśmy uwagę Vranza, który zgodził się być naszym Drosselmeyerem. Nigdy się nie spodziewałam, że ta grupka tak bardzo odmieni moje życie. Urodziny minęły bez echa.
W pierwszy weekend maja, zaproszona przez Vranza w celu uzgodnienia szczegółów naszej grupy cosplayowej, po raz pierwszy pojawiłam się na ustawce szczecińskich mangowców. Zostałam włączona do grupy XDLOL Squad, której niedługo potem stałam się sekretarką. Poznałam wiele osób, a niedzielne wizyty na Głębokim stały się dla mnie czymś absolutnie normalnym. Spotkałam też dziewczyny z Włóczka i zaliczyłam pierwszą sayakówkę, po której na dobre zżyłam się z grupą znajomych, z którą cały czas utrzymuję kontakt. Zaczęły się również spotkania grupki Princess Tutu, na których ćwiczyliśmy naszą prezentację i omawialiśmy wszelkie szczegóły strojów i rekwizytów. Wróciłam też do pracy w Castoramie.
Po długich latach wałęsania się po świecie jak cień człowieka, w czerwcu na nowo odkryłam, jak to jest cieszyć się życiem. Zaliczyłam ostatnie egzaminy z wynikami naprawdę zadowalającymi i mogłam cieszyć się wakacjami od zajęć. W połowie miesiąca dopadło mnie fatalne samopoczucie, a łapanie oddechu za każdym razem było wyjątkową męczarnią. Potrzebowałam chwilowej odskoczni od wszystkiego tego, co od paru tygodniu sprawiało mi tak wielką radość. Lina zaprosiła mnie na weekend u Niny w Chojnie, a czas spędzony w towarzystwie kilku pełnych energii i optymizmu dziewczyn okazał się doskonałą terapią. Ułożyłam sobie parę spraw i wróciłam do życia, pełna pozytywnych sił. Znalazłam też źródło moich trudności z oddychaniem, które okazało się uczuleniem na salami. XD' Taka odnowiona, z zamiarem cieszenia się życiem i nie pokazywania, że coś złego mi leży na sercu, zostałam bardzo dobrze odebrana przez towarzystwo i chyba wszyscy nowi znajomi się do mnie przekonali. Odnowiłam również nieco relacje z Klaudią, które niedługo później znów fatalnie się pogorszyły.
Lipiec rozpoczął się KoneCONem, a ja wystąpiłam w swojej pierwszej XDLOLowej scence - "Z Archiwum XD" okazało się najlepszą do tej pory scenką grupy. Mimo słabego stanu mojego fizycznego samopoczucia, konwent uznaję za najlepszy w tym roku. Nastały dwa tygodnie codziennych wypadów w różne miejsca ze znajomymi, a potem wspólny wyjazd na równie udany i niesamowity Balcon. Mimo że droga powrotna okazała się istnym koszmarem, nadal pozostawałam w doskonałym humorze. Wyjścia ze znajomymi nie ustawały, w tym dwie wizyty w szpitalu, bo Judit połamała Otonashiego i wypadało zobaczyć, jak się czuje.
Sierpień minął bez większych zmian i rewelacji. Kipiałam optymizmem i radością jak nigdy wcześniej, mogąc spędzać czas z tymi, którzy naprawdę zaczęli się dla mnie liczyć. Planowane wyjścia, spontaniczne wypady nawet w środku nocy i dużo świetnie spędzonego czasu. W ostatnim tygodniu był PierniCON. Sam w sobie konwent uznałam za przeciętny, ale przez ogrom atrakcji, w których brałam udział, doskonale się bawiłam. Grupa z Princess Tutu została wyróżniona za najlepszą prezentację, co tylko przypieczętowało fakt, jak wiele jej zawdzięczam - nawet jeśli nie jestem zadowolona z mojego stroju. Wcielanie się w gwiazdy na PierniCON Ending Party również było niesamowitą zabawą i nigdy się nie spodziewałam, że będę się aż tak dobrze bawić przy muzyce. Z konwentu wróciłam więc naprawdę zadowolona.
We wrześniu ostatni raz poszłam do pracy do Castoramy - mimo że w gruncie rzeczy lubiłam tę robotę, sporo okoliczności przemawiało ku temu, żebym tam nie wracała. Zaczęłam więc dużo rozmyślać o ludziach, znacznie więcej, niż zazwyczaj. Uporządkowałam sobie informacje o ludziach, którzy kiedyś byli mi bliscy, ale z jakichś powodów bardzo się oddalili - przy niektórych nie doszłam do konkretnych wniosków i nadal nie wiem, czemu kontakt urwał się na dobre. Próbowałam zrozumieć też aktualne motywy działań bliższych osób, ale też niewiele ostatecznie wywnioskowałam. Mimo wszystko to był jednak naprawdę pozytywny miesiąc. Zaliczyłam spontaniczny wypad na ognisko u Qudacza i urodziny Matego i Sos, które były najfajniejszą imprezą, na jakiej do tej pory byłam.
Z początkiem października dopadło mnie jakieś załamanie emocjonalne, cały optymizm gdzieś uleciał i rozleniwiłam się niesamowicie. Przemęczyłam się te cztery tygodnie, zadając sobie wiele pytań i szukając na nie najlepszych odpowiedzi. W końcu wzięłam się w garść i wróciłam do świata rzeczywistego, na powrót ciesząc się tym, co cieszyło mnie dotychczas. Spędziłam Halloween u Yoiko, po raz pierwszy drążąc dynię i świetnie się przy tym bawiąc.
W listopadzie świętowałam skromniutko pół roku w nowym towarzystwie, które tak wiele wniosło pozytywnych zmian do mojego życia. Po wielu miesiącach spania na materacu dmuchanym, potem już tylko na podłodze na kocach, w końcu dostałam wygodny, porządny materac sprężynowy. Może to dlatego przez długi czas męczyła mnie bezsenność - można się odzwyczaić od spania na miękkim. Przez problemy z zasypianiem nadrobiłam sobie wiele, wiele powtórek odcinków "Rozmów w toku" - tak, nocami mają (mieli?) maraton na TVN. Bardziej niż zwykle, masowo wręcz, nadrabiałam oglądanie filmów, których nie widziałam, a wręcz powinnam. Szukanie pracy jakoś niespecjalnie mi wychodziło, więc znajdowałam sobie szereg innych zajęć. Po ostatnich przemyśleniach odnowiłam również znajomość z Mateuszem. Wróciłam również do ulubionych spacerów, jak również zachciało mi się biegać dla kondycji - listopad, fajna pora na bieganie. Szybko przestałam, bo zaczęły się robić przymrozki, ale na wiosnę znowu zaczynam. Z pewnych względów na jakiś czas przypięłam sobie również na duszy hasło "jest mi przykro".
Choć wydawałoby się to już niemożliwe, w grudniu rozleniwiłam się jeszcze bardziej. Podąsałam się przez blisko tydzień i uznałam, że i tak to nie ma sensu. Wróciłam do radosnego życia. Zaliczyłam dwa wypady na lodogryf po blisko ośmioletniej przerwie od ostatniego razu. Wpadłam na parę godzin na szczeciński Mackon, rozejrzałam się, przywitałam z dawno nie widzianymi znajomymi i się ulotniłam. Święta minęły spokojnie, po raz pierwszy od kilku lat. Na ich zakończenie spędziłam przyjemną wigilię ze znajomymi. Spotkałam się da razy z moimi wiedźmami, zrobiłyśmy sobie nockę filmową jak za starych dobrych czasów i było naprawdę sympatycznie. Potem już tylko Sylwester. Zapowiadał się całkiem w porządku i być może taki był, ale ja dobrze się nie bawiłam. I tradycyjnie coś musiało się stać w pierwszych godzinach Nowego Roku. Doprawdy, kiedy w końcu nadejdzie dzień mojej śmierci, zapewne będzie to właśnie 1. stycznia.
I tym właśnie optymistycznym akcentem kończę sprawozdanie z poszczególnych miesięcy. Podsumowując to wszystko mogę tylko stwierdzić, że był to najprawdopodobniej najlepszy rok, jaki pamiętam. Przestałam się przejmować tym, co mnie męczyło. Mimo że w rzeczywistości wydarzyło się wiele przykrych, cholernie przykrych rzeczy, to nie zamierzałam ich roztrząsać. Zajęłam się wyłącznie moim aktualnym życiem i wyszło mi to na dobre. Dawno nie miałam tak optymistycznego spojrzenia na świat, zdążyłam już zapomnieć, jak to jest przebywać wśród ludzi. W minionym roku wszystko się odmieniło, ja sama bardzo się zmieniłam, ale wydaje mi się, że tylko na lepsze. Zdecydowanie częściej się uśmiecham, nie jestem już taka nieśmiała i nabrałam zdecydowanie więcej siły i racjonalniej potrafię patrzeć na wiele spraw. Mimo to czasem wciąż zachowuję się jak rozkapryszony dzieciak. ;]
Postanowienie na rok 2010: sprawić, by był jeszcze wspanialszy od poprzedniego!
skomentuj (2)

2009-10-15 18:59:34
PierniCON 5
Mimo że nie byłam na żądnym poprzednim PierniCONie, jego ostatnia edycja była przeze mnie naprawdę długo wyczekiwanym konwentem. Z każdym kolejnym tygodniem chęć pojechania do Torunia wzrastała we mnie bardziej i bardziej, a to za sprawą nagromadzenia eventów, w których zamierzałam wziąć udział. Działo się naprawdę sporo i wszystko wyszło, jak należy. No, może prawie wszystko.
Na conplace dojechaliśmy z XDLOLem już w przeddzień tego trzydniowego konwentu. Tym razem podróż pociągiem była jak najbardziej przyjemna. Zajęliśmy kilka przedziałów i każdy miał dla siebie miejsce do siedzenia. Jak się chciało, to nawet do leżenia; ostatecznie ostatnia godzinę jazdy przespałam, rozłożona na czterech siedzeniach. Dotarliśmy pod szkołę i bez problemu weszliśmy do środka, rozkładając swoje rzeczy w przydzielonym dla nas sleepie.
Kiedy już dostaliśmy nasze identy i informatory, które osobiście traktuję jako jakiś mało śmieszny dowcip - jedna skserowana z dwóch stron karta papieru? no comment - część osób zajęła się pomaganiem w przygotowywaniu szkoły na konwent, a pozostali albo czekali grzecznie w sleep roomie, albo zwiedzali okolicę, wypatrując okolicznych sklepów. Ja wówczas zapoznałam się ze strukturą szkoły, zapamiętując, co gdzie jest, a także przywitałam się z obecnymi na conplace znajomymi.
Wieczorem przyszedł czas na próby. O dziwo, udało nam się aż kilka razy przećwiczyć naszą scenkę, co uważam za mały sukces i duży postęp. XD Razem z Vranzem, Judit, Lenuską i Kaoru przećwiczyliśmy na scenie naszą prezentację cosplayową, a dziewczyny dostały parę uwag od Shi-chan odnośnie ruchu nóg i rąk podczas poruszania się. Okazało się też, że z pewnych względów kolaborka z WTFem, którą szykowaliśmy na galę pożegnalną, jednak nie wypali; a szkoda, bo to byłoby całkiem fajne, tak myślę.
Zasnęłam wyjątkowo szybko, bo jeszcze przed północą. Aż dziwne, ale spało mi się tak dobrze, że wstałam również dosyć późno. Może po prostu nowy śpiwór wydał mi się przyjemnie ciepły i wygodny. Kiedy się w końcu z niego wygramoliłam, okazało się, że w szkole jest już naprawdę sporo przybyłych konwentowiczów. Licząc na szczęście, udałam się ze Strusiem pod prysznic. Szatnie właściwie nie były oznaczone - a przynajmniej pierwotnie - ale jak się później okazało, byliśmy w męskiej. Zdziwiłam się, ale też nie byłam absolutnie zawiedziona, że pod prysznicami było zupełnie pusto. I jeszcze czysto. To miłe, bo mogłam spokojnie zostawić rzeczy i śmiało się przemyć. Później dopiero zdaliśmy sobie ze Strusiem sprawę, że ktoś oprócz nas wszedł jeszcze do łazienki. Tak, spotkanie z Kolem z Wrocka w takim miejscu było naprawdę interesujące, ale to już swoją drogą. ;P
Razem z paroma osobami postanowiłam wybrać się na moją pierwszą atrakcję. Zamierzaliśmy wziąć udział w Familiadzie, choć ostatecznie pozostaliśmy jedynie częścią widowni i dopingowaliśmy Izzy'ego, którego namówiliśmy do zasilania jednej z dwóch drużyn. Pytania ściśle dotyczyły fandomu i były układane raczej dla zwały, ale parę było naprawdę fajnych, jak choćby odpowiedzi w "Najbardziej znane pary fandomowe", gdzie na bodajże czwartym miejscu ulokowali się Vranz x Mate, natomiast na drugim XDLOL x WTF.
Jako że szkoła była właściwie połączona z mini aquaparkiem, grzechem byłoby go nie odwiedzić. Szczególnie, że stanowił dosyć tani sposób na dokładne wymoczenie się i umycie, bo godzina kosztowała zaledwie 5zł. Wybraliśmy się więc tam całkiem pokaźną grupą. Nareszcie mogłam trochę popływać w porządnym basenie!
Wieczorem miał być cosplay, wyjątkowo nie w drugi dzień, jak przystało na konwenty trzydniowe, ale już w piątek. Zjawiliśmy się więc wcześniej na próbie cosplayowej i musiałam pomęczyć trochę prowadzących, uzupełniając uwagi do naszej prezentacji, o których zapomniał przy wysyłaniu naszego zgłoszenia Vranz. Cosplayerzy zostali ustawieni wzdłuż sali, ale my zaczynaliśmy zza kulis, jako że tego wymagała przygotowana przez nas prezentacja, a i tak mieliśmy tam schowane ubrania na zmianę, żeby przebrać się później do scenki.
Zupełnie zapomniałam, po kim mieliśmy wchodzić, a przy okazji zgubiłam orientację, ile osób już się pokazało. Akurat przekazywałam ostatnie wskazówki Vranzowi, który przy okazji szukał swoich wąsów, kiedy usłyszałam naszą zapowiedź. Spanikowałam, bo nie czułam się jeszcze gotowa. Nogi mi się ugięły i zaczęły trząść, a bicie serca znacznie przyspieszyło. Struś, nasz techniczny, zaczął wynosić na scenę rekwizyty, a ja tylko widziałam niczym w zwolnionym tempie, jak krzyżyk lalkarza spada na ziemię i się rozpada. Nie skomentuję tego, że Vranz skleił dwa kawałki drewna taśmą klejącą. No cóż, żadna tragedia, wystarczyło to tylko trzymać i uważać, żeby nie rozdwoiło się podczas prezentacji. Vranz wyszedł jako pierwszy, a ja zdałam sobie sprawę, że kompletnie zapomniałam, w którym momencie wychodzę. "Spokojnie, Adduś, Vranz po Ciebie przyjdzie", powtarzałam w myślach. Nie przewidzieliśmy jednak, że tykania na początku piosenki nie będzie słychać. Vranz przyszedł więc o parę sekund za późno, co było sporą stratą, bo wystrzeliłam na scenę na dosłownie momencik i już trzeba było iść po Judit. Tak, wszystko było dopracowane co do sekundy.

Sa kom och hall om mig
Släpp inte taget om mej!
Är som förhäxad av dig!
Och jag vill ha dig!
Kom och hall om mig nu!

Reszta wyszła bez zarzutów, mimo że wszyscy byliśmy naprawdę zestresowani. Z pewnością otuchy dodawała nam cała publiczność. Nikt nie rozgrzał ich tak, jak my to zrobiliśmy. Wszyscy klaskali w rytm muzyki do samego końca utworu; to było naprawdę niesamowite! Wprawdzie brakowało nam kilku elementów, które były w planach, a struktura sceny uniemożliwiła ich wykonanie, ale i tak wyszło naprawdę dobrze.
Na cosplayu urzekło mnie szczególnie kilka wystąpień, w tym z pewnością prezentacja Liny i Wero z "Sakura Chapter Tsubasa Chronicle", jak również pomysł grupki Kairi na prezentację z "Captain Tsubasa", czy też wyglądająca mega wdzięcznie Katek w stroju z "Urusei Yatsura".
W końcu przyszedł czas na scenki. Zgłoszone były cztery. Zapowiedziano pierwszą z grup, ale nikt się nie zjawił. Ktoś z publiczności zachęcająco krzyknął "XDLOL!". Wyczytano drugą grupę, ale z niej również nikt się nie pokazał. Można było usłyszeć, jak spore grono osób skanduje z widowni "XDLOL! XDLOL! XDLOL!". Przy trzeciej grupie powtórzyło się dokładnie to samo, a salę zaczęła wypełniać jedna, ta sama komenda. I w końcu zapowiedziano nas: "przed Wami XDLOL Squad!", na co niemal cała publiczność zaczęła głośno skandować nazwę naszej grupy, wypełniając salę gromkimi brawami.
Zdania na temat "Świata w/g Saiyan" są bardzo podzielone. Był to nasz odzew na krążące wokół spory, czy XDLOLa nie wypadałoby przepchnąć do osobnego eventu, bo nasze scenki są raczej kabaretowe, aniżeli cosplayowe. Postawiliśmy więc tym razem na scenkę cosplayową z "Dragon Balla", podchodząc do tego i tak z przymrużeniem oka. Osobiście uważam, że była to jedna z naszych słabszych scenek i zdecydowanie stać nas na więcej. Są tacy, którym się naprawdę podobało, ale i tacy, którzy uznali, że jednak było zbyt niesmacznie. Choć pewnym jest, że tych pierwszych i tak znalazło się zdecydowanie więcej.
Wyniki z cosplayu przekazała nam Kaoru, bo ogłoszone były jakoś nieco później, kiedy sporo cosplayerów, jeśli nie zdecydowana większość, jak i ludzie z publiczności, opuścili salę. Okazało się, że nasza prezentacja dostała jedno z dwóch wyróżnień w kategorii "Najlepsza Prezentacja". Każde z nas otrzymało po 50 pierdolców do wymienienia na nagrody, co - jak się zorientowałam następnego dnia przy wymienianiu ich - było naprawdę sporą sumą. Ogólnie byłam z nas tak dumna; zwłaszcza, że to była właściwie pierwsza nasza taka prezentacja (przy moich dwóch poprzednich cosplayach po prostu wchodziłam na scenę, pokazywałam się i schodziłam). Było warto i cieszę się, że zostaliśmy docenieni. Po cosplayu niespecjalnie miałam na coś jeszcze ochotę, więc znowuż zasnęłam dość szybko. I znów spałam dość długo. Obudziłam się stosunkowo wcześniej przed rozpoczęciem Whose Line'a, na którym nie mogło mnie przecież zabraknąć. Było zabawnie, choć bez jakiegoś wielkiego WOW. Kolejne było karaoke, na którym również zostałam. Po nim wróciłam do sleepa, zmęczona nie wiadomo czym i niewyspana, a przecież tyle czasu spałam! Postanowiłam się przewietrzyć i udać z wizytą do jednego z pobliskich sklepów. Kiedy wróciłam, dowiedziałam się, że może i kolaborka nie wypaliła, ale Dajmos chciał, żeby XDLOL przygotował coś krótkiego na galę pożegnalną. W dwie godziny parę osób stworzyło krótki scenariusz na otwarcie gali, bazujący na poprzednich edycjach PierniCONu i "Kapitanie Planecie".
Sama gala była całkiem przyjemna, mimo że tak naprawdę niewiele osób się na niej zjawiło. Ich strata, bo nie dane im było spróbować pożegnalnego tortu. ;P
Już po gali mieliśmy trochę czasu dla siebie, by następnie ponownie zjawić się na mainie i zacząć próby do PieriCON Ending Party. XDLOL Squad został bardzo zaangażowany w cały event - była to dyskoteka, podczas której na scenie pojawiały się wielkie gwiazdy dawnych lat. I w te gwiazdy właśnie my się wcielaliśmy. Sala zapełniona była po brzegi, a atmosfera miała naprawdę specyficzny klimat; czuć było, że wszyscy naprawdę dobrze się bawią. Ja sama nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłam. Na scenie było niesamowicie gorąco; nic więc dziwnego, że dość szybko zrobiło się tam całkiem goło. Mój pierwszy występ jako ABBA rozbudził we mnie ogrom pozytywnych emocji, to było naprawdę niesamowite uczucie! Później wystąpiłam jeszcze w Spice Girls i jako Britney Spears.
Po skończonym party zapadłam w kolejny długi sen. Obudziłam się dopiero na Pokemon Evil Cosplay. Nie zamierzałam brać udziału, ale z wielką przyjemnością postanowiłam sprawdzić, jak ludziom uda się wcielić w wylosowane Pokemony. Kocio przebrany za Mewtwo jak dla mnie i tak wygrał. Dziewczyna w stroju Magikarpia powaliła mnie na kolana wykonaniem swojego stroju i jego prezentacją; podobnie przebrany za Seala Spam. Taak, Pokemon Evil Cosplay to naprawdę pozytywny i kreatywny event.
Pomału trzeba było się zbierać. Darowałam sobie panel podsumowujący konwent, bo zupełnie nie chciało mi się tyłka ruszać z miejsca i ogarniałam swój rozrzucony za pianinem bagaż. Conplace opuściliśmy dosyć późno, ale przynajmniej zostawiliśmy na błysk wysprzątanego sleepa. Bez problemu dotarliśmy na dworzec, część z nas coś zjadła (na dworcu sprzedają absolutnie przepyszne zapiekanki!) i w końcu nadjechał pociąg. Jak się okazało, tylko trzy wagony jechały do Szczecina; co za bezsens, biorąc pod uwagę fakt, że blisko dziesięć kolejnych miało zabrać pasażerów do bodajże Gorzowa. Nie, wcale trzy pierwsze nie były zapchane podróżnymi, a pozostałe stosunkowo wolne. Początkowo byliśmy więc w rozsypce i nie każdy miał miejsce, ale raczej szybko udało nam się zgrabnie zorganizować i chyba nie było osoby, która nie miałaby gdzie siedzieć. Powrót do Szczecina minął szybko i sprawnie, bez żadnych problemów.
Gdyby nie eventy, w których miałam swój udział, PierniCON wypadłby dla mnie dosyć słabo. Nie było specjalnie wiele atrakcji, które mnie interesowały (a jak już były, to wtedy, kiedy absolutnie nie mogłam się na nich zjawić). Gdyby nie to, że występowałam na PierniCON Ending Party, pewnie w ogóle bym się nie zjawiła - zresztą na pewno w tłumie nie bawiłabym się tak świetnie, jak na scenie. Ale właśnie ze względu na czynny udział w party, na cosplay i scenkę, jak i galę pożegnalną, i ze względu na to, że wszystko to wypadło jak najbardziej pozytywnie, nie żałuję wyjazdu na PierniCON 5. Wróciłam naprawdę zadowolona, a to przecież jest najważniejsze.
skomentuj (1)

2009-10-15 18:55:36
Balcon
Balcon był dla mnie konwentem odmiennym niż wszystkie poprzednie, na których się pojawiłam. Tym razem postanowiłam sprawdzić się jako helper, nie bardzo wiedząc, czego tak naprawdę się spodziewać. Ale wszystkiego trzeba spróbować, żeby wiedzieć, w czym się najlepiej czuje. Po szybkiej analizie, czy faktycznie chcę się tego podjąć, wysłałam zgłoszenie. Tym sposobem na terenie konwentu zawitałam już w przeddzień imprezy.
W czwartek wieczorem spotkałam się na dworcu z Vranzem, Qudacim i Elzeiem. Panowało jakieś ogólne poruszenie, wszędzie było pełno policji, każdemu sprawdzali dokumenty, również i nam. Szybko jednak zapomniałam o całym tym zamieszaniu, kiedy stanęliśmy w kolejce po bilety. Nie było nawet czasu myśleć o tym później, bo na peronie kręciła się cała masa ludzi. I wszystko wskazywało na to, że czekają na ten sam pociąg, co my. W końcu nadjechał, naprawdę długi, wielowagonowy, w czym nie było nic dziwnego, bo przecież miał jechać przez Poznań, przez Wrocław, aż do Katowic i Krakowa. Ale co z tego, skoro nas interesujących wagonów było zaledwie kilka, może z 5? Pozostałe to albo Intercity, albo sypialne, albo rezerwacje. Podróżnych było mnóstwo, a miejsca w pociągu bardzo niewiele.
Przez pierwsze minuty jazdy cisnęliśmy się w przedsionku z kiblem, aby następnie - gdy tylko wycieczka zwolniła korytarz, kierując się do wagonów rezerwowanych - stanąć pod zamkniętym przedziałem dla kobiet w ciąży. Elzei udał się na poszukiwanie konduktora, celem poproszenia go o udostępnienie nam tam miejsc. Zasiedliśmy więc właśnie w tym przedziale - w towarzystwie młodego małżeństwa i dwóch starszych kobiet - pod warunkiem, że jeśli tylko zjawi się jakaś ciężarna kobieta lub babuleńka, mamy zwolnić miejsce. Ostatecznie całą podróż przesiedzieliśmy w tym samym miejscu. Początkowo siedząca przede mną baba patrzyła na nas wszystkich jak na czubków, którzy tajemniczym szyfrem rozmawiają o jakichś podejrzanych, bliżej nieokreślonych sprawach, ale kiedy Qudacz z Elzeiem zaczęli swoją filozoficzną dyskusję, ta przerwała im i niemal przez łzy wzruszenia uznała, że z dzisiejszej młodzieży może jeszcze coś wyrośnie. Oczywiście ubrała to w dłuższą wypowiedź, ale do tego właśnie się ona sprowadzała. Jakby na przekór tej kobiecie, dyskusja na powrót skupiła się na tematach typowych dla jadących na konwent mangowców.
We Wrocławiu dosiadła się do nas Anka z dostawą prosto z KFC, więc mieliśmy okazję zapchać na jakiś czas czymś smacznym nasze żołądki. Po tym ja zaczęłam sobie trochę drzemać, a pozostali do końca podróży knuli jakieś nikczemne spiski względem mojej osoby. Nie wnikałam.
W Katowicach szybko odnaleźliśmy przystanek tramwajowy, z którego w mniej więcej pół godziny dojechaliśmy do Chorzowa. Do szkoły też droga była prosta. Weszliśmy na jej teren, witając się z już czekającymi tam innymi helperami. Poczekaliśmy trochę, aż przyjechali orgowie, po czym razem z Kwakiem udaliśmy się do helperowskiego sleepa. Po zostawieniu tam swoich rzeczy, ogarnęłam się szybko po podróży, by następnie razem z Elzeiem obejść szkołę, w celu zapoznania się z rozmieszczeniem poszczególnych sal i pomieszczeń. Potem zaczęła się praca. Faceci zajęli się przygotowywaniem maina, natomiast ja z innymi helperkami ogarniałam sale na sleepy, potem jeszcze kilka innych. Jakoś w międzyczasie, kiedy akurat goniłam gdzieś z Vranzem, spotkaliśmy na schodach Peę, z którą oczywiście musiałam się zapoznać. Vranz: "Pea, to jest Twój szczeciński odpowiednik". Ja jakoś nadal nie do końca potrafię ogarnąć, dlaczego tak wiele osób bierze mnie za Peę. Pomijając dawne już pierwsze reakcje szczecinfagów na mnie, na konwencie jakaś dziewczyna mnie z nią pomyliła i była bardzo zdziwiona, kiedy wyprowadziłam ją z błędu i powiedziałam, że raczej mnie nie kojarzy, bo ja nie Pea, ale Adda jestem. Cóż, może w tym faktycznie coś jest?
Pod wieczór część z nas miała już trochę więcej luzu, więc co niektórzy okupowali UltraStara w helperowskim sleep roomie, inni kręcili się po szkole bez większego celu, a ja zupełnie nagle zostałam zwerbowana do udziału w krótkim filmiku, potrzebnym Vranzowi i Yenowi do ich eventu "Komisja śledcza ds. Yaoi". Później skorzystałam z konsolówki, żeby wyświetlić paru osobom nagranie "Z Archiwum XD", więc raz jeszcze rozemocjonowani przeżyliśmy naszą scenkę. I potem wypadało się ułożyć do snu, żebym była w stanie wstać o 5:00 rano (ale mi wyczyn, do pracy o tej wstaję XD') w miarę żywa i godzinę później zasiąść na akredytacji.
Wstałam, odświeżyłam się i dotarłam na akredytację. Zaczęliśmy wpuszczać konwentowiczów już o 6:30 i muszę przyznać, że tutaj Ramiel sprawdzał się absolutnie bez zarzutów. Ludzi obsługiwało się w tempie błyskawicznym, zatem kolejka rozładowywała się naprawdę bardzo szybko. Po trzech godzinach dotarła osoba, która mnie zmieniła. Ale nie na długo, bo niespełna pół godziny później znów wróciłam na akredytkę, tym razem po stronie ludzi bez rezerwacji. Posiedziałam tam ze dwie godziny z hakiem, jeśli dobrze pamiętam, a po tym miałam trochę czasu dla siebie. Właściwie jak zwykle nie mam pojęcia, na czym zlatywały mi kolejne minuty. Zawitałam na oficjalnym rozpoczęciu konwentu, a potem dopadłam na dworze znajomych, z którymi niedługo później udałam się na naukę walca. A to było naprawdę w porządku i w sumie dosyć zabawne, kiedy moja ręka co chwilę spotykała się z policzkiem Matego, z którym ćwiczyłam taniec. Ufam, iż potraktował to jako zabawę, bo naprawdę obrywał po przyjacielsku. Twierdzi, że wcale nie patrzył mi na biust, tylko na swoje nogi, a że napotykał pewną przeszkodę, to inna sprawa - ale ja i tak wiem swoje. ;]
Jakiś czas po próbie tańca ponownie wróciłam na akredytację, gdzie zostałam niemal do samej próby cosplayowej. I potem próba, czyli omawianie z częścią XDLOLa, co my właściwie mamy robić w naszej scence i w jakiej kolejności. Nie ma to jak pierwsza, a zarazem generalna próba na parę godzin przed występem. I potem już tylko bieganina przedcosplayowa, bo to trzeba było się przebrać, potem lecieć przez pół szkoły po buty, a następnie jeszcze kombinować, jak tu się za bardzo nie spocić w garniaku przed występem, tłocząc się w niewielkiej szatni z tłumem cosplayerów. Jakoś udało nam się wytrzymać do zakończenia prezentacji cosplayowych, potem podejrzeliśmy dwie pierwsze scenki i w końcu my. Długie to nie było, ale publiczność udało nam się rozśmieszyć. I co najważniejsze - otrzymaliśmy owacje na stojąco! To było niesamowite! Ludzie wstali i bili nam brawa; kolejny powód, by być z nas dumnym, kolejny powód, by motywować się do dalszej pracy.
Po cosplayu zaczęły się przygotowania do balu. Ludzie przebierali się w suknie, mundury, garnitury i inne mniej lub bardziej ciekawe stroje. W międzyczasie wysiadł prąd, więc impreza opóźniała się coraz bardziej. W końcu i my zaczęliśmy się przebierać. Wtedy też znalazłam sobie partnera do walca w postaci Xefa aka Władcy Ciemności oraz jego mrocznej lagi, która - oczywiście, bo jakże by inaczej - poszła z nami na bal.
Dotarliśmy pod maina i wymijając czekających przed wejściem i na schodach spragnionych balu konwentowiczów, weszliśmy na salę. W końcu zaczęli wpuszczać i resztę. Zaczęło się robić tłoczniej i tłoczniej. Nadeszła i kolej na oficjalną część balu, czyli jego rozpoczęcie, które tak naprawdę okazało się dużym failem. Już nawet nie wspomnę o wystroju czy oświetleniu sali, bo to swoją drogą. Jakoś udało się przebrnąć przez tę "zaplanowaną" część imprezy i zaczęła grać muzyka, a ludzie udawali, że naprawdę potrafią tańczyć tego walca. Ktoś co chwilę zderzał się z kimś innym, a całość na pewno nie wyglądała schludnie dla potencjalnego obserwatora. Ale mimo to tańczyło mi się naprawdę fajnie i na pewno nie narzekam. A dodatkowa laska w parze bardzo się przydała i sprawdziła - całkiem zabawnie dźgało się nią ludzi, którzy na nas bezczelnie wpadali. XD'
Spać położyłam się ok. 3:00 w nocy. Wstać trzeba było już, lub może raczej aż o 8:00. Razem z częścią helperów zajęłam się ogarnianiem ogólnego syfu na korytarzach, czyli przede wszystkim zbieraniem walających się śmieci wzdłuż stolików wystawców. Następny był Whose Line, na którym pomogłam chłopakom, zbierając od ludzi pomysły do scenek z kapelusza. Po tym całkiem udanym show zjawiłam się na auli na "Komisji śledczej ds. Yaoi", co by to dokładnie przekonać się, do czego wrobił mnie Vranz. Później jeszcze tylko panel podsumowujący konwent i można było zacząć sprzątać szkołę. W międzyczasie miałam też okazję porozmawiać trochę dłużej z Bell, potem także z Dajmosem.
W końcu trzeba było się zbierać. Pożegnałam się z paroma osobami, które wciąż jeszcze nie opuściły terenu konwentu, i razem z Vranzem, Matem, Elzeiem, Qudacim i Lenuśką dotarłam na dworzec. Zakupiliśmy bilety ("już pani doję" by Qudacz XD) i dołączyliśmy do dziewczyn z WTFa, które spotkaliśmy na miejscu. Zostawiliśmy im nasze bagaże do popilnowania, żeby w spokoju móc zjeść coś w pobliskim fastfoodzie (w którym, nawiasem mówiąc, mieli paskudne jedzenie), a następnie pożegnaliśmy Elzeia i spędziliśmy blisko godzinę w poczekalni, czekając na pociąg. W końcu nadjechał. Zapchany do granic możliwości. Miny szybko nam zrzedły, kiedy okazało się, że przynajmniej najbliższe minuty spędzimy na korytarzu. Vranz, Qudacz, Lena i początkowo również Euzebiusz okupowali wąski korytarz przy przedziałach, a ja z Liną, Chester, Niemti, Ano i Matem ulokowałam się w przedsionku przy kiblu. Wygłupianie się z Liną i Euzebio przyniosło nam sporo rozrywki na najbliższe trzy godziny. Absolutnie nie zapowiadało się, że podczas tej dziesięciogodzinnej podróży znajdziemy sobie wygodne miejsca siedzące.
We Wrocławiu opuściły nas Chester i Euzebiusz, a Vranz, Lena i Qudaci zniknęli bez słowa w opuszczonym po części przedziale. Natomiast ja z pozostałymi osobami spędziłam resztę drogi dokładnie w tym samym miejscu. Po kolejnych dwóch godzinach jazdy i stwierdzeniu, że dosyć zimno mi na tej podłodze, wyciągnęłam śpiwór, wpełzłam do niego i ułożyłam się w przejściu pomiędzy owym przedsionkiem a korytarzem z przedziałami. Dobrze, że łączące te pomieszczenia drzwi otwierały się w dwie strony, bo przynajmniej nie musiałam się przesuwać za każdym razem, kiedy ktoś przechodził. A to, że ludzie nade mną skakali, jakoś średnio mną ruszyło. Wybudzałam się tylko na stacjach, bo jednak wolałam mieć pełną kontrolę nad wysiadającymi z pociągu podróżnikami, taszczącymi ze sobą ciężkie walizy. Do Szczecina dojechaliśmy o czasie, zupełnie zmęczeni i wymordowani, marząc tylko o tym, żeby jak najprędzej znaleźć się pod ciepłą kołdrą w swoich własnych domach.
Konwent naprawdę mi się podobał i bardzo się cieszę, że jednak z niego nie zrezygnowałam. Sprawdziłam się w pewnym stopniu jako helper, ale też uczestniczyłam w wielu atrakcjach, które zamierzałam zaliczyć. Zdobyłam kolejne doświadczenie i przywiozłam ze sobą całkiem sporo fajnych wspomnień. Mimo tych paru minusów, jak choćby brak prądu czy wyczerpująca podróż powrotna, wyjazd uznaję za jak najbardziej udany. Oby więcej takich!
skomentuj (0)

Księga
Gości

zobacz
wpisz się


Licznik



Archiwum
2010
styczeń
2009
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień


Linki
Moje
CP
dA
fbl
Last.fm
LJ
MS

Blogi
Judit
Kimiko
Lina
MJ
Onion
Sakura

M&A
AnimeLyr
ACP
Azunime
Cosplay
DownloadA
Konwenty
Manga.pl
Tanuki
XDLOL

Sklepy
Dageki
HON`YA
MangAn.
Otaku

Wydawcy
Egmont
J.P.F.
Studio JG
Waneko


Szablon
by: Judit